SPRZEDAJ
ALBO ZGIŃ!
Istniejący od 1991 roku
MasterPlan jest firmą doradczo-szkoleniową w zakresie relacji z klientami. Od 1995 roku - dodatkowo -
specjalizujemy
się w doradztwie dla call centers i szkoleniach w zakresie posługiwania
się telefonem w sprzedaży i obsłudze klienta. Nasze
przygotowanie zawodowe, a także zebrane w trakcie pracy dla naszych Klientów
doświadczenie pozwala nam oferować doradztwo
i szkolenia
we wszystkich możliwych aspektach funkcjonowania telemarketingu w
naszym kraju, a od 2002 roku także na skalę międzynarodową. >> więcej
Marian J. Kostecki.
Glosariusz terminologii call
center/help desk.
Wydawnictwo Naukowe PWN. 95
z�w
promocji "19. urodziny MasterPlanu" 47,50 z�(+ koszty
przesyłki)
>> więcej
Marian J. Kostecki. Efektywność
i skuteczność w call center:
Miary skutecznoÂści i efektywnoÂści pracy contact center, call center,
help desk (ruch przychodzÂący). Warszawa: moimzdaniem.pl 2006, 110
stron. 89
zĹ�74 zł
>> więcej
Marian J. Kostecki. Telefoniczna rozmowa handlowa:
Wszystko, co
powinieneś wiedzieć o sprzedaĹźy przez telefon zanim podniesiesz
słuchawkę, w trakcie posługiwania się nią i po jej odłoźeniu. Warszawa:
moimzdaniem.pl 2006, 238 stron. 49,00 zł >> więcej
wiadomości
istotne dla środowiska call center zapowiedzi wydarzeń -- news
-- ogłoszenia o pracy -- gratisy
SAMOUCZEKopisy
przypadków,
które mogą zostać wykorzystane w samokształceniu
pracowników działów obsługi klienta,
handlowców,
webmasterów, telemarketerów::
Zawartość tej internetowej strony jest chroniona prawem autorskim.
Jak nie dać się oszukać
infoliniom
Krzysztof Szczepaniak, Jak nie dać się oszukać infoliniom,
Przekrój, 7 grudnia 2009.
Mówią,
co im ślina na język przyniesie, mylą się i kłamią,
bo za swoje
błędy nie ponoszą odpowiedzialności. Za ich pomyłki płacimy
nerwami
i wyższymi rachunkami. Czy na konsultantów
w infolinii oraz biurach
obsługi klientów jest jakaś rada? Jest. Zacznij
od zakupu telefonu
z możliwością nagrywania.
Połączenie numer jeden. Firma
ubezpieczeniowa Liberty Direct.
– Chciałbym zawrzeć umowę OC
na samochód. Ponoć sprzedajecie
je w systemie direct, czyli umowę zawieram
telefonicznie, potwierdzenie
wysyłacie e-mailem i polisę już mam. Zgadza się?
– Tak, zgadza. Potem tylko dosyłamy dokumenty, pan
podpisuje i odsyła – potwierdza konsultant
z infolinii.
– Ale wcześniej, zanim dojdzie umowa, dostaję
potwierdzenie zawarcia umowy e-mailem?
– Tak, może pan się nim posługiwać przez
30 dni, ale żeby dostać dokument, musi pan w ciągu 14
dni opłacić polisę.
– Ale taki wydruk z e-maila policja
potraktuje jako polisę?
– Oczywiście, przecież nie mówiłbym tego
panu, gdyby tak nie było.
Marek Kąkolewski z Biura Ruchu Drogowego Komendy
Głównej Policji:
– Taka polisa powinna mieć pieczątkę, policjant nie
będzie miał wtedy
wątpliwości, że jest to potwierdzenie jej posiadania
i nie została ona
podrobiona – wyjaśnia.
Połączenie numer dwa. Bank Millennium.
– Chcę zrobić nową wycenę mieszkania. Ile kosztuje
aneks do umowy kredytowej?
– 200 złotych.
– A pan w oddziale
mówił, że 500 złotych.
– Proszę poczekać. Po chwili:
– Tak, zgadza się, 500 złotych.
Połączenie numer trzy. Telewizja Aster.
– Chciałbym zamówić pakiet podstawowy
Basic. Jaką minimalną liczbę kanałów oferujecie?
– 60 – odpowiada konsultantka,
ale szybko się poprawia: – Około 60.
W rzeczywistości: 52 (firma chwali się rzeczywistością
na swojej
stronie internetowej). Ale minimalna liczba kanałów
wymieniona w umowie
to jedyne 32. Do tylu kanałów operator
może zredukować liczbę stacji
bez konieczności zwracania pieniędzy za niedotrzymanie umowy.
– Ile w sumie razem z Internetem
i telefonem będzie mnie to wszystko
kosztować? – pytam. Pani oblicza:
– 176 złotych miesięcznie
– i nie
mówi nic więcej.
Pytać ją o coś jeszcze? – zamyślam
się pospiesznie. Ale przecież
drążenie: czy muszę się liczyć z jakimiś ukrytymi opłatami,
jest bez
sensu. Wiadomo, że zaprzeczy.
By pani poczuła jednak odpowiedzialność za słowa,
które wypowiada,
zapytałem więc: – Czy to na pewno
już wszystkie opłaty wliczone w cenę?
– Nie, jest jeszcze opłata instalacyjna
– odpowiedziała. Docisnąłem
jeszcze trochę i pani zdradziła, że opłata liczona
jest od każdego
gniazdka oddzielnie: dwa telewizory to dwa gniazdka, czyli
dwie opłaty.
Internet to już oczywiście kolejne gniazdko.
Trudno powiedzieć, jakich jeszcze informacji nie uzyskałem, choć jako
przyszły klient firmy Aster uzyskać je powinienem. Być może
na przykład
nie dowiedziałem się, że gdy monter przyniesie
mi umowę, jednym z jej
elementów będzie tak zwany pakiet antywirusowy.
– Tylko tak testowo
panu zainstalowałem, bo się przydaje. A można
z niego zrezygnować
w każdej chwili – tłumaczył monter.
Z pakietu rezygnuje jednak mało kto (przynajmniej
na początku),
bo usługa kosztuje jedynie złotówkę.
A że po dwóch miesiącach robi się
z niej osiem złotych? No cóż, my ci
to tylko tak testowo wcisnęliśmy.
A że konsultant nic nie mówił? Zapewne
zapomniał.
Informacje rozbieżne
O irytujących rozmowach z konsultantami
telefonicznymi czy też
doradcami biur obsługi klienta każdy mógłby opowiedzieć
własną
historię. Zwykle opowieść kwitowana jest słowami: no, ale
co z takim
człowiekiem zrobić, przecież nie będziesz się o parę złotych
procesować.
Bo spory pomiędzy klientami a konsultantami
rzeczywiście dotyczą
niewielkich kwot. A to operator odłączył
na weekend Internet i na czas
nie zrobiliśmy ważnych bankowych przelewów,
a to konsultantka
z przychodni podała nam zaniżoną kwotę za wizytę
lekarską, zachęcając
nas tą rozmową do odwiedzenia gabinetu (no
a jak się z niej wycofać,
gdy lekarz już nas prosi?). Albo co najwyżej długo
po aktywacji jakiejś
usługi dowiadujemy się, że jej nie aktywowaliśmy. Albo
aktywowaliśmy,
ale nie na takich warunkach, jakie przedstawiał nam
telemarketer.
– Zamówiłem Internet przez
komórkę za 120 złotych miesięcznie, z tym
że przez dwa miesiące miałem płacić złotówkę.
Dokładnie panią
wypytałem, czy ta promocja na pewno mnie obowiązuje
i czy będę mógł
zrezygnować po dwóch miesiącach, bo kończy
mi się abonament. Pani
odpowiedziała, że nie będzie z tym żadnych
problemów. Później się
okazało, że ta promocja mnie nie obowiązywała,
bo miałem za niski
abonament: zamiast 2 złotych zapłaciłem więc 240
– opowiada Daniel
Zawada naciągnięty przez operatora komórkowego Orange.
– Napisałem odwołanie, ale nic to nie dało,
bo w BOK powiedzieli: tej rozmowy nie nagraliśmy.
Jeszcze bardziej irytujące są sytuacje, gdy konsultant naopowiada nam
głupot, a my na podstawie tej rozmowy
podejmiemy decyzję, której skutki
ponosimy przez wiele lat. Na przykład powie, iż lokata danego
banku umożliwia odzyskanie pieniędzy z odsetkami
w każdej chwili,
po czym okaże się, że odsetki można odzyskać dopiero
po pewnym czasie.
Konflikty na linii klient–konsultant bywają jeszcze
poważniejsze.
„Gazeta Wyborcza” opisała ostatnio przypadek
klientki, której pośrednik
finansowy Open Finance załatwiał przeniesienie kredytu
z jednego banku
do drugiego. Nie złożył dyspozycji zamknięcia rachunku.
W rezultacie
kobieta została z dwoma kredytami i teraz musi oddać
bankowi 160
tysięcy złotych. Rzecznik Open Finance twierdzi, że był
to błąd tej
pani, bo nie dopilnowała sprawy. Pani uważa, że nie
po to brała sobie
doradcę, by o wszystkim za niego pamiętać.
Rzecznik Open Finance
Aleksandra Bachta: – Jako pośrednik finansowy nie
mamy żadnych praw
i obowiązków, ale postaramy się tę sprawę załatwić
dla tej pani jak
najkorzystniej.
Gdy zadzwoniliśmy do Liberty Direct, konsultant nawet nie
wspomniał:
proszę się zastanowić, czy wszystkie dane, które pan podaje,
są
prawdziwe, bo błędy mogą uniemożliwić wypłatę pełnego
odszkodowania.
Choć przy wielu odpowiedziach – choćby podczas
określania, ile osób
będzie jeździć autem – dawaliśmy
do zrozumienia, że trochę jednak
strzelamy. Ze skarg płynących do Rzecznika
Ubezpieczonych (RzU) wynika,
że niektórym klientom ubezpieczyciele potrącają
z odszkodowań kwoty
rzędu nawet kilkunastu tysięcy złotych, bo ci
w rozmowie telefonicznej
podali nieprawdziwe dane.
Słuchawka mało wie, mało może
Setki skarg na konsultantów (zarówno
telefonicznych, nazywanych też
„słuchawkami”, jak i tych
z oddziałów) wpływają także do innych
instytucji zajmujących się ochroną konsumentów.
Do Urzędu Komunikacji
Elektronicznej przyszedł niedawno list, w którym
klient skarżył się,
że nie mógł przenieść numeru telefonu
z Orange do Playa, bo w systemach
komputerowych nie zgadzały się daty. To znaczy
w jednym systemie data
była pisana ze spacjami, a w drugim bez
spacji (21/7 zamiast 21 / 7).
I ze względu na niezgodność danych
telefoniczna konsultantka nie
potrafiła zaradzić sytuacji, więc odesłała klienta
do oddziału. Po co?
Po to, by tam sprawdzili poprawność danych.
Po co – pytał klient
– skoro konsultantka już to sprawdziła?
Klienci skarżą się również, że firmy utrudniają im
zerwanie umowy
(na przykład konsultanci mówią, że nie
mogą znaleźć kilkakrotnie
wysłanego faksu). Często też uniemożliwiają skontaktowanie się
z osobą,
która bezpośrednio prowadzi ich sprawę.
To szczególnie istotne, gdy
walczymy o odszkodowanie w towarzystwie
ubezpieczeniowym. Tam kontakt
z tak zwanym likwidatorem szkody jest ważny,
bo sprawdza on poprawność
naszych faktur. – Konsultanci udzielają
nieprawdziwych informacji,
że wszystko jest na dobrej drodze
i w niedługim czasie należy się
spodziewać pieniędzy na koncie, a po upływie
wyznaczonego terminu
konsument otrzymuje na piśmie odmowę uznania roszczeń
w całości
– opowiada Krystyna Krawczyk z biura RzU.
Wszystkie instytucje zajmujące się ochroną konsumentów
z bólem
przyznają, że w Polsce problemu odpowiedzialności
konsultantów nie
regulują żadne przepisy. Czy jednak rzeczywiście na tych
pseudoinformatorów nie ma żadnego sposobu?
– Jeśli konsultant nas oszukał, trzeba dochodzić
swoich roszczeń – mówi
Małgorzata Cieloch, rzecznik Urzędu Ochrony Konkurencji
i Konsumentów.
Ale jak, skoro reklamacja u konsultanta nic nie daje,
bo jedynym
dowodem, który mógłby uzasadnić naszą rację, jest
rozmowa telefoniczna?
A jej zapisem dysponuje tylko firma, która rozmowy
tej nie chce nam
udostępnić? Zwykle zresztą wykręca się, że nagrywa tylko
niektóre
rozmowy (choć w branży telekomunikacyjnej muszą być nagrywane
wszystkie, ale firma ma obowiązek wydać je wyłącznie
sądowi i UKE),
albo odpowiada, że ona już odsłuchała i nasza
reklamacja jest
bezzasadna.
A może gdybyśmy interpretację prawną i językową
zrobili sami, okazałoby
się, że bezzasadne było odrzucenie reklamacji? Albo
– zupełnie
przeciwnie – gdybyśmy rozmowę usłyszeli,
przestalibyśmy się
awanturować, bo uznalibyśmy, że rzeczywiście była ona
niejednoznaczna,
wobec czego nie warto sądom czy rzecznikowi konsumentów
zawracać głowę?
Skrywany skarb, czyli dźwięk naszej mowy
– Dziwi mnie, że firmy nie chcą puszczać
klientom wcześniej nagranych
rozmów przez słuchawkę, bo wiele z nich
ma taką możliwość – mówi Marian
Kostecki, szef Stowarzyszenia Menedżerów Call Center. Gdy
odwiedziliśmy
call center Mondial Assistance, jednej z firm
ubezpieczeniowych,
zobaczyliśmy na własne oczy, że każda rozmowa jest
zapisywana
w oddzielnym pliku i w każdej chwili można
ją odsłuchać. Dlaczego nie
odtwarzacie ich klientom? – pytam.
– Tam są dane osobowe naszego
konsultanta i nie wiadomo, czy klient takiej rozmowy nie
puściłby
na przykład na YouTube – tłumaczy
Rafał Mrozowski z marketingu Mondial
Assistance. Trzeba przyznać, że to jedna
z niewielu firm deklarująca,
iż umożliwia odsłuchiwanie nagrań w swojej siedzibie.
Tyle że to jedna
siedziba w Warszawie. Ale większość nawet takiej możliwości
nie daje.
Czy rzeczywiście nagrania w żaden sposób nie da się
od firm uzyskać?
Przecież to również nasz głos, nagrany także dla
naszego
bezpieczeństwa. Nie. Firm do wydawania nagrań nie zmuszają
żadne
przepisy, i to niezależnie od branży.
Nic więc dziwnego, że wielu klientów
zarówno na forach, jak
i w skargach do instytucji ochrony
konsumentów przyznaje, że sami
nagrywają rozmowy. Również Marian Kostecki podkreśla,
że dla celów
dowodowych najlepiej wszystkie rozmowy zbierać na własną rękę.
Czy takie nagrywanie jest jednak legalne? Gdy kilka miesięcy temu
Janusz Weiss w programie „Dzwonię
do pani/pana w bardzo nietypowej
sprawie” zadzwonił na jedną z infolinii
i powiedział, że będzie tę
rozmowę nagrywał, a pani nie wyraziła
na to zgody, zaproponował jej,
by ona sama – skoro się nie zgadza
– się rozłączyła. Jakoś rozłączyć
się nie chciała.
Rzeczywiście firmy dają nam wybór, informując nas
na początku
połączenia: „Jeśli nie wyrażasz zgody na nagrywanie,
rozłącz się”. Może
więc lepiej w ogóle konsultantom nie
mówić, że ich nagrywamy? No, ale
czy to jest legalne? Przepisy o ochronie danych
osobowych mówią,
że rozmów bez czyjejś zgody nagrywać nie można.
Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich jednak przekonuje: nagrywać rozmowy
na infoliniach – jeśli wiemy
o tym, że nas nagrywają – można.
Małgorzata Cieloch z UOKiK: – Zależy
to głównie od zasad etyki,
którymi
kieruje się rozmówca – odpowiada
ostrożniej i trochę wymijająco.
Katarzyna Biela z Komisji Nadzoru Finansowego:
– Odnosząc się
do klientki w Open Finance, gdyby miała ona nagranie,
udowodnienie jej
roszczenia byłoby o wiele łatwiejsze [musiałaby nagrać doradcę
stacjonarnego – przyp. red.].
Czy to jednak nie absurd, że cała Polska,
by wyegzekwować
od konsultantów uczciwość, musiałaby wyposażyć się
w dyktafony? Może
i absurd. Ale firmy same sobie
na to zasłużyły. No bo przecież mogłyby
klientom, którzy sobie tego życzą, nagrać plik
z rozmową na płytę CD,
włożyć do koperty i odesłać (e-mailem nie można,
bo konsultant nie
wiedziałby, do kogo empetrójkę wysyła;
mógłby wysłać jedynie
w sytuacji, gdyby obywatel posiadał podpis elektroniczny, ale
obywatele
ich zwykle nie mają).
Firmy nie grają też fair, ponieważ nawet wtedy, gdy zdają sobie sprawę,
iż ich telecentrum nie działa dobrze, rzadko poprawiają ich działanie,
ostatnio tłumacząc się kryzysem.
– W wielu call center wciąż działają
przestarzałe systemy komputerowe,
które nie przypisują każdej rozmowie unikalnego numeru,
co utrudnia ich
późniejsze odnalezienie – mówi
Marcin Grygielski z firmy Interactive
Intelligence zajmującej się projektowaniem oprogramowania dla call
center. – W takich sytuacjach odszukiwanie
nagrań jest bardzo
uciążliwe. Aby znaleźć jakąś rozmowę, informatyk musi iść
do serwerowni
i przesłuchiwać rozmowy na przykład z całego
dnia.
W reklamacjach
powołuj się na konkretne paragrafy
Autor na podstawie artykułu 12 ustawy o nieuczciwych
praktykach oraz
zdjęcia zrobionego w markecie elektronicznym wygrał sprawę
w toku
normalnego postępowania reklamacyjnego. Firma wprowadzała
klientów
w błąd, zamieszczając w gazetce reklamowej zdjęcie
produktu
z atrakcyjną ceną, którego
na półkach nie było (zgadzały się parametry,
nie zgadzała się fotografia). Firma tytułem zadośćuczynienia wydała
produkt o wyższych parametrach niż ten przedstawiany
w gazetce.
Wystarczyło jedno pismo, dwa e-maile ponaglające i dwa
telefony
do dyrektora marketu. Udało się zaoszczędzić około 800
złotych. Ustawa
o nieuczciwych praktykach naprawdę działa, bo firmy
jej się boją.
Notabene trudno powiedzieć, czy ustawodawca, tworząc ten dokument, nie
posunął się zbyt daleko, bo przecież kto wskaże reklamę,
która nie
wprowadza w błąd? A takich reklam ustawa zakazuje.
Może prędzej
należałoby wprost zakazać błędnych informacji podawanych przez
konsultanta niż reklam (może jednak tylko niektóre reklamy,
na przykład
finansowe, powinny mieć takie zastrzeżenie?).
Dlatego klientom pozostaje nagrywanie. Dziś nie jest
to specjalnie
skomplikowane. Wiele firm komórkowych telefony
z taką możliwością
ma w swojej normalnej ofercie. A nawet jeśli
nie, oprogramowanie można
ściągnąć z sieci. – Zainstalujcie sobie
program Vito AudioNotes, jeśli
macie telefon oparty na Windows Mobile
– poleca jeden z internautów
oburzony nierzetelnymi informacjami infolinii mBanku.
– Pozwala
na całkowicie automatyczne nagrywanie rozmów, jakie
prowadzi się przez
telefon. Każda rozmowa to nagrany na karcie pamięci
plik mp3,
w doskonałej jakości, odpowiednio nazwany. To idealne
rozwiązanie
w takich sytuacjach jak rozmowa z linią mBanku czy
linią TP.
Czy konsultanci dlatego się mylą, że są nierzetelni
i chcą oszukać
klienta? – Konsultantom brakuje umiejętności
prowadzenia rozmów i mają
bardzo małą wiedzę na temat produktów
– przyznaje Marian Kostecki.
– Ale najważniejsza przyczyna,
z której biorą się nieporozumienia, tkwi
w notatkach, jakie wykonują podczas rozmów
z klientami – zdradza.
Rozmowa a notatka
Bo o ile supervisorzy przesłuchują wybrane rozmowy
i zwracają uwagę
pracownikom („Podszkol się z tego albo
z tamtego, mów tak albo
inaczej”), o tyle notatek nie analizują,
a już bardzo rzadko
w połączeniu z konkretnymi rozmowami.
A to właśnie na podstawie notatek
wysyłane są konkretne polecenia do innych działów
firmy: aktywować
usługę, zmienić taryfę, wysłać do klienta taki, a nie
inny dokument.
Błędy potęgowane są też tym, że wiele polskich firm (także te
największe telekomunikacyjne) sprzedaż swoich usług zleca podmiotom
zewnętrznym. Często więc nasze zlecenia (czy to inicjowane
przez nas,
czy przez operatora) nie trafiają bezpośrednio do firmy,
z którą mamy
podpisaną umowę, lecz do niewielkiej firmy call center
zatrudniającej
zwykle studentów na umowę-zlecenie.
– Zewnętrzne firmy w walce
o zlecenia od dużych konkurują ze sobą
głównie kosztami, więc ścinają
je, jak tylko mogą. A to, niestety, prowadzi
do popełniania błędów
– tłumaczy Kostecki.
Nieporozumienia niewątpliwie biorą się też z nerwowych
rozmów. Niektóre
programy do obsługi call center są już tak skonstruowane,
że szefowi
zapala się czerwona lampka, gdy amplituda głosu podczas rozmowy
z konsultantem przekracza średni poziom głośności
rozmów ustalony przez
programistów dla danego języka (na przykład Włosi
mówią głośniej niż
inni). Dzięki temu szefowie mogą ukarać konsultanta, który
sprowokował
kłótnię. Jednak nerwowego nastroju w rozmowach nie
da się wyeliminować.
Skąd te nerwy? Na przykład stąd,
że na połączenie z konsultantem
czekamy nawet kilkanaście minut. Gdy w Mondial Assistance
(mają własne
call center) zadałem pytanie, dlaczego ludzie muszą długo czekać
na połączenie, poproszono mnie o spojrzenie
na ekrany. W sali
na ścianach wiszą wielkie telewizory podzielone
na kwadraciki,
a w każdym z nich wyświetlane są informacje
o aktualnej liczbie
połączeń oczekujących i liczbie zalogowanych
agentów. Gdy jedno
z okienek zapala się na czerwono, konsultanci muszą
natychmiast
reagować. Bo czerwone światło oznacza, że albo zbyt
dużo ludzi czeka
na połączenie, albo osób zalogowanych jest
za mało. W dniu, w którym
odwiedziliśmy firmę, klienci nie czekali długo, bo światełko
zapalało
się rzadko. – Niestety, kolejki czasami się robią,
bo jak na złość
klienci dzwonią falami – przyznaje Rafał Mrozowski,
szef marketingu
Mondial Assistance.
Jeśli jednak lampka wciąż się pali, a nikt nie reaguje
(bo na przykład
wszyscy serfują po Internecie), szef siedzący niedaleko
ma prawo
zmienić konsultantowi status
z „wylogowany”
na „odbierz”. Szef może też
podsłuchiwać rozmowę swojego pracownika z klientem
i podpowiadać mu
przez komunikator tekstowy, co ma mówić.
Mimo to błędy i kłótnie
z klientami się zdarzają.
Dlaczego
warto nagrywać konsultantów? Powodów Jest
mnóstwo. oto kilka z nich
1. Zamówiłeś w sklepie internetowym towar,
a konsultant naopowiadał ci
o nim niestworzone rzeczy, na przykład,
że tył telefonu, który kupiłeś,
jest świecący. Gdy go rozpakowałeś, okazało się jednak,
że jest matowy.
Dowodem jest tylko rozmowa z telesprzedawcą,
bo w opisie na stronie
produktu nie ma informacji ani o macie, ani
o błysku. Teoretycznie
– bo był to zakup
na odległość – towar możesz oddać
w ciągu 10 dni bez
podawania przyczyny. Ale towar ten – jak twierdzi
wielu sprzedawców
– nie może być rozpakowany. No, ale przecież gdybyś
go nie rozpakował,
nie wiedziałbyś, czy jest matowy, czy świecący. Małgorzata Cieloch
z UOKiK wyjaśnia: – Zgodnie
z prawem, jeśli konsument odstępuje
od umowy, to to, co strony świadczyły, ulega
zwrotowi w stanie
niezmienionym. Chyba że zmiana była konieczna
w granicach zwykłego
zarządu. Czym jest zwykły zarząd? Zakupiony towar po zmianach
w granicach zwykłego zarządu powinien móc
wrócić powtórnie na rynek.
To jednak, czy zakupiony, ale rozpakowany towar może
wrócić do obrotu,
dla przedsiębiorców nie jest już tak jednoznaczne. Pozostaje
więc sąd.
Albo powołanie się na ustawę o nieuczciwych
praktykach (artykuł 12) lub
kodeks cywilny (artykuł 471) i dyktafon.
2. Zamówiłeś usługę i na fakturze okazało
się, że nie kosztowała ona
tyle, ile konsultant ci przekazał. Albo aktywowano ci nie tę usługę,
którą chciałeś. Dowodem jest tylko rozmowa
z konsultantem lub doradcą
w oddziale.
Z tym problemem ostatnio trochę się uporano. Ale tylko jeśli
chodzi
o firmy telekomunikacyjne. Od 6 lipca każda zmiana
umowy z telekomem
musi być listownie potwierdzona na piśmie w ciągu 14
dni od takiej
zmiany. Operatorzy jednak protestują, że zmuszanie firm
do przechowywania milionów rozmów
i wysyłania milionów pisemnych
zawiadomień (gdy nastały czasy ekologii) doprowadzi
do zwiększenia
kosztów cen usług. Co więcej, telekomy muszą też
na piśmie informować
o każdej zmianie wprowadzonej w cenniku.
– Musimy informować nawet
o zmianach korzystnych dla klienta
– ubolewa Wojciech Strzałkowski
z Ery. – W przypadku dużego
operatora posiadającego około 6,5 miliona
abonentów ten dodatkowy koszt wysyłek będzie wynosił blisko
10 milionów
złotych – wylicza.
Dopóki jednak UKE nie zacznie kontrolować tego, czy firmy
stosują się
do tych przepisów, lepiej mieć nagranie. Poza tym
co z innymi branżami?
Tu już na pewno pozostają dyktafon
i przepisy prawa.
3. Umowy ustne, które można zerwać wyłącznie pisemnie, czyli
stosunkowo
nowy wynalazek. Jeśli zawierasz umowę na polisę telefonicznie,
zaczyna
ona obowiązywać w momencie, w którym
zakończysz połączenie
z konsultantem. Konkretniej: w momencie gdy
po rozmowie zrobisz przelew
na konto ubezpieczyciela w ramach pierwszej składki
i dostaniesz
potwierdzenie zawarcia polisy e-mailem. Po kilku tygodniach
się
rozmyślasz? Masz prawo zerwać umowę, ale gdy powiesz przez telefon:
„zrywam”, konsultant przyjmie
to do wiadomości, lecz wcale nie musi
to oznaczać, że umowa zostanie rozwiązana. Minie
ustawowy miesiąc
i z polisą danego towarzystwa musisz się bujać
cały rok. Podobnie jest
z innymi branżami (także bankową). W Polsce można
zawrzeć umowę ustnie
(na co powinniśmy dostać pisemne potwierdzenie), ale
można ją zerwać
tylko pisemnie. Do tego zawarcie ustnej umowy nie zobowiązuje
w Polsce
do jej nagrania.
Dlatego znów: miałeś dyktafon, na taśmie masz
dowód, że konsultant
zapewnił cię, iż umowa została zerwana i zwróci ci
zapłaconą składkę.
Dopiero wtedy możesz iść z firmą na udry.
Presja czasu rozmowy
Może dlatego, że w branży pracują głównie
osoby w trakcie poszukiwania
innego zatrudnienia, więc na pracy w słuchawkach
„słuchawkom” średnio
zależy. A może ze względu na te ekrany
widoczne z biurka każdego
konsultanta, które przecież pokazują też średni czas
połączeń danego
dnia?
Patrzę bowiem na ekran i widzę, że średni
czas rozmów wynosi akurat 160
sekund. – To dużo czy mało?
– pytam. – W sekcji
technicznej zajmującej
się szkodami samochodowymi to wynik w normie
– odpowiada Rafał
Mrozowski. Ale czy to oznacza, że konsultanci mają
obowiązek obsługiwać
klientów na czas? – Nie, chodzi
przede wszytkim o to, by w czasie
rozmowy nie poruszać wątków pobocznych.
W rzeczywistości ten średni
czas rozmów pełni funkcję pomocniczą, ale jeśli kierownik
dzień w dzień
widzi, że konsultacje odstają od średniej dla całej
grupy, to może
sprawdzić, kto prowadzi wyraźnie dłuższe rozmowy (przesłuchując rozmowy
z danego dnia czy miesiąca). No i ewentualnie
wyjaśnić tę kwestię
bezpośrednio.
Zatem presja czasu jest. – Jest
– potwierdza jeden z przedstawicieli
branży call center. – Bo przecież gdyby
konsultanci gadali tyle, ile
by chcieli, firmy musiałyby cały czas powiększać swoje biura,
a koszty
tylko by rosły i rosły.
Nieudacznik chroniony z podatków
Dla klientów jednak ważniejsze niż rozmowy prowadzone
na czas jest to,
by konsultanci opisywali ofertę rzetelnie. Podawali pełne
koszty
proponowanych usług i nie przemilczali ważnych
minusów. Pracownicy
call center przyznają jednak, że to duży
problem, bo w nieprzejrzystych
ofertach oni sami się gubią.
Zresztą podobna sytuacja ma miejsce w przypadku
urzędów państwowych.
Tu już nie tyle nieprzejrzystość ofert, ile
niespójność polskiego prawa
jest problemem. No i gąszcz przepisów. To,
że ogólnopolska infolinia
Ministerstwa Finansów o nazwie Krajowa Informacja
Podatkowa podaje inne
informacje niż urzędy skarbowe, a nawet inne niż resort
finansów,
przedsiębiorców w ogóle już nie dziwi.
Przykładowo KIP twierdzi, że błędną fakturę (gdy mąż prowadzi
firmę,
a żona pracuje na etat) przeznaczoną
do zwrotu podatku VAT za materiały
budowlane można sprostować notą korygującą. W urzędzie
skarbowym zaś
dowiemy się, że trzeba mieć wyłącznie korektę faktury,
a nie notę. Ot,
taka drobna różnica, która
– gdy składamy dokumenty o zwrot pieniędzy
za materiały budowlane – może poskutkować
tym, że ich nie dostaniemy.
A przecież w Polsce już wielokrotnie dochodziło
do sytuacji, w których
błędna interpretacja urzędnika skarbowego naraziła przedsiębiorcę
na gigantyczne straty finansowe. Siedem lat temu
na błędnej
interpretacji urzędnika skarbowego ucierpiał Roman Kluska. Biznesmen
do dziś nie otrzymał odszkodowania (zasądzono jedynie 5,5
tysiąca
złotych, a firma oszacowała straty na 36,6 miliarda
złotych). Kilka
tygodni temu bezprawne nałożenie 452 milionów
złotych kary na spółkę
paliwową J&S uchylił Naczelny Sąd Administracyjny. Firma domaga
się
teraz zwrotu pieniędzy.
Tego typu kłopoty z urzędnikami skarbówki sprawiły,
że posłowie
wymyślili niedawno, by urzędnicy za swoje błędne
decyzje odpowiadali
majątkiem. Projekt ustawy o szczególnych zasadach
odpowiedzialności
funkcjonariuszy publicznych jest już w Sejmie.
I firmom się podoba.
Nie podoba się natomiast pracownikom skarbówek. Domagają się
oni
wykupienia przez rząd polis OC od urzędniczych
błędów. Organizacje
przedsiębiorców odpowiedziały natychmiast:
z naszych podatków mamy
ubezpieczać nieudaczników? Nigdy!
Ale może ten nie tak świetny pomysł z polisami OC sprawdziłby
się,
gdyby go zastosować wobec firm call center. – Polisy
OC od błędów są
powszechnie stosowaną praktyką w kontraktach business
to business. Dla
konsultantów call center byłyby zbyt drogą usługą
– ocenia Marcin
Grygielski [na Zachodzie jednego urzędnika można ubezpieczyć
już od 150
euro, więc gdyby rynek się rozrósł, koszty może nie byłyby
tak wysokie
– przyp. red.].
Krystyna Krawczyk z biura Rzecznika Praw Ubezpieczonych:
– Nie widzimy
potrzeby wprowadzania dla konsultantów obowiązkowych polis
OC z tytułu
wykonywanych czynności, gdyż zgodnie z kodeksem pracy
pracodawca
w pełnym zakresie odpowiada za szkody wyrządzone
przez pracownika.
Warto bić się o swoje
Skoro tak, to czy organizacje ochrony konsumentów
mają jakiś inny
pomysł na rozwiązanie problemu odpowiedzialności
konsultantów? No
bo czy – nawet mając własne nagranie naszej
rozmowy z konsultantem
– można skutecznie wywalczyć odszkodowanie?
– Użytecznym narzędziem będzie tutaj regulacja
artykułu 12 zawarta
w ustawie o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom
rynkowym – radzi
Katarzyna Biela, rzecznik KNF.
– W szczególności zaś zapis
mówiący o tym, że jeśli błędne informacje
udzielane przez pracownika sprawiły, że klient zawarł umowę,
klient
ma prawo w takiej sytuacji domagać się naprawienia
wyrządzonej szkody,
w szczególności żądać unieważnienia umowy oraz
zwrotu przez
przedsiębiorcę kosztów związanych z nabyciem
produktu.Czy to oznacza,
że nieuczciwą praktyką rynkową jest również
sytuacja, kiedy konsultant
rzuca słowa na wiatr? – To zależy,
bo jeśli konsultant stale wprowadza
nas w błąd, można to uznać za praktykę
nieuczciwą. Ale jeśli jego błąd
wynikał ze zwykłej niestaranności, na przykład nie
zapisał czegoś
w notatce, to należałoby już powoływać się
na artykuł 471 kodeksu
cywilnego, który mówi o tym,
że firma jest zobowiązana do naprawienia
szkody wynikłej z nienależytego wykonania zobowiązania
– tłumaczy
Małgorzata Rothert, rzecznik praw konsumenta w Warszawie.
Marian Kostecki: – Nie słyszałem, aby ktoś
wykorzystał własne nagranie
do złożenia reklamacji, zwykle jakoś rozchodzi się
to po kościach.
Czy jest jednak szansa, że firma postraszona posiadaniem przez
nas
takiego nagrania pójdzie z nami na ugodę?
Jest. – Przedsiębiorcy mają
już dużo większą niż kiedyś świadomość przepisów,
których muszą
przestrzegać. Z drugiej jednak strony coraz częściej wiedzą
też, jak
się od nich migać. Mimo to spróbować nie
zaszkodzi. I dziesiątkami tego
typu spraw się zajmujemy – opowiada Małgorzata
Rothert.
Skrupułów mieć nie warto, choćby dlatego że firmy
naprawdę mają nas gdzieś.
Konsultant jak słup ogłoszeniowy
Najgorzej jest chyba z ludźmi z telemarketingu.
– Taki człowiek tego
samego dnia sprzedaje telefony, potem majtki, a następnie
zaprasza
kogoś na wycieczkę do Lichenia połączoną
ze sprzedażą garnków
– opowiada Marcin Grygielski.
No i oczywiście korzysta przy tym ze skryptów,
używają ich również
zwykłe infolinie). Skrypt to program, który
uruchamia się konsultantowi
w momencie, gdy ten uzyskuje połączenie z klientem.
Konsultant pyta:
jest pan zainteresowany nowym telefonem? Odpowiadasz
„tak” – konsultant
klika na „tak” na swoim pulpicie
i wyświetla mu się kolejny slajd. No
i dalej jak katarynka czyta z pulpitu ofertę. Jeśli
wchodzisz mu
w słowo, by nie zgubić płynności wypowiedzi,
odpowiada zwykle: „Już
zaraz wyjaśnię, tylko dokończę”. Jeśli jednak zdenerwowany
przerwiesz
mu drugi raz jakimś innym pytaniem typu:
„A który telefon z tych, jakie
ma pan w ofercie, ma najlepszą
baterię?”, konsultant omnibus też ci
odpowie. Kliknie na link „podpowiedzi”,
wpisze hasło „telefony,
baterie” i program wypluje mu listę
porównawczą mocy baterii. – Może
wtedy udawać prawdziwego eksperta mówiącego
o miliamperach – opowiada
Marcin Grygielski.
Skrypty są w cenie, bo pozwalają firmom zaoszczędzić
pieniądze
na szkoleniach. Jeśli ktoś robi jednorazową dwutygodniową
kampanię,
której celem jest zaoferowanie jakiejś promocji,
to przecież nie będzie
mu się opłacało przeprowadzać w tym celu wielotygodniowych
szkoleń
– tłumaczy Grygielski. – Lepiej
zrobić skrypt, z którego szkolenie może
potrwać jedynie dwa dni.
Ale, niestety, wiele skryptów jest źle zrobionych. Poza tym
nigdy nie
wyeliminują one problemu, że to klient zadaje
pytanie. – W jednej
z dużych firm ubezpieczeniowych wymyślono aż 850 zależności
logicznych
między poszczególnymi ekranami skryptu. I był
to skrypt tylko dla
likwidacji szkody motoryzacyjnej. Z jednej strony można
powiedzieć,
że to dobrze zarządzane call center,
z drugiej jednak był to dla mnie
szok, do czego firmy mogą dojść pod względem złożoności swoich
ofert
– opowiada Marcin Grygielski.
– Kiedyś, gdy na polski rynek wchodziły
zupki Knorr, postanowiłem zrobić konsultantom szkolenie
z gotowania,
by w rozmowach z klientami mogli im
wyjaśniać, że grudki w zupie wcale
nie oznaczają, że te do niczego się nie
nadają – opisuje Marian
Kostecki.
A tak już bardzo poważnie – naprawdę nie
ma żadnego sposobu na to, by firmy zechciały
mówić nam prawdę?
Może należałoby stworzyć system polegający na oddzwanianiu
konsultantów
do klientów? To zminimalizowałoby ryzyko
pomyłki. Konsultanci, zanim
by oddzwonili, mogliby skonsultować odpowiedź
ze specjalistą.
Jednocześnie ludzie przestaliby czekać na połączenia.
– Niektóre firmy
już stosują oddzwanianie – wyjaśnia Grygielski. Ale
garstka firm
i tylko w wyjątkowych przypadkach oddzwania
o godzinie zaproponowanej
przez klienta. – Pracujemy nad systemem,
który rozpoznawałby głos
klienta i automatycznie wrzucał do systemu zadanie,
kiedy należałoby
do niego oddzwonić – opowiada Grygielski.
Póki jednak firmy nie dojdą do wniosku,
że warto wdrażać takie nowinki,
proponujemy rozpocząć krucjatę pod hasłem „Nękaj call
center”, czyli
bij się o każdy błąd. Skoro firmy uznały, że wolą
z nami gadać, niż się
z nami spotykać, bo to dla nich
wygodniejsze, tańsze (mniej oddziałów),
a przede wszystkim mogą w ten sposób
ograniczyć liczbę uzasadnionych
skarg składanych przez klientów (firma przez telefon ani nie
pokaże
klientowi konkretnego paragrafu regulaminu, ani nie wytłumaczy
na kartce, jak będą jej przyrastać odsetki), to my,
klienci, powinniśmy
wyciągnąć własną broń.
Marcin Grygielski nieustannie myśli nad różnymi
usprawnieniami: – Ten
rynek mimo kryzysu rozwija się bardzo dynamicznie. Już niedługo call
center z prawdziwego zdarzenia będą miały nawet urzędy gmin
– mówi.
– I będą to takie prawdziwe call
center ze skryptem? – pytam.
– Tak – potwierdza Marcin
Grygielski.